Demonologia, spirytualizm, czarna magia, przywoływanie duchów. Tobie te tematy kojarzą się zapewne z starymi horrorami klasy B, jeszcze z czasów kaset VHS. Mi zaś kojarzą się inaczej. Od dziecka uwielbiałem straszne historie opowiadane mi przez wujka lub starszych kolegów. Odkąd nauczyłem się czytać, sięgałem po przeróżnej maści horrory, od deski do deski przeczytałem Mastertona, Kinga, Lovecrafta i Poe'go oraz wielu innych twórców. Historie które na początku mnie przerażały z biegiem czasu stawały się mniej straszne a bardziej śmieszne. Wtedy to pierwszy raz zetknąłem się z tematem demonologii. W poszukiwaniu ciekawych książek traktujących o demonach, diabłach i innych mieszkańcach piekieł natknąłem się na dwie nietypowe książki. Bardzo stare książki, wypadałoby nadmienić. Pierwsza z nich nazywała się ''Sztuka Goecji''. Nosiła też miana Lemegetonu bądz też ''Tajemnej Księgi v Króla Salomona''. Druga nazywała się ''Pseudomonarchia Deamonum''. Oba dzieła były do siebie bardzo podobne - mówiły o demonach które rzekomo istnieją i o tym jak je przyzywać, czego mogą nauczyć przyzywającego i czego w zamian oczekują.
Miałem wtedy siedemnaście lat, i nie wierzyłem już w tego typu bajędy. Demony, pentagramy, czarne świece bla, bla, bla,. Postanowiłem przy najbliższej pełni księżyca spróbować dokonać jednej z opisanych w ''Sztuce'' inkantacji. Jakiż głupi wtedy byłem... Lecz nieważne, kontynuujmy. Około 1:20 w nocy kiedy wszyscy już zasnęli, zapaliłem kilka świeczek z których ułożyłem okrąg w którym następnie usiadłem. Oczyściłem umysł ze zbędnych myśli. Przyszło mi to nadzwyczaj łatwo albowiem już od dłuższego czasu praktykowałem medytację. W chwili kiedy zeszło na mnie oczekiwane katharsis, rozpocząłem inkantację. Nie potrafię jej teraz przytoczyć, zbyt wiele dni minęło. Albo lat... Pamiętam jedynie że była bardzo monotonna, i samym swoim brzmieniem składającym się z dość niskich tonów, niemalże mnie uśpiła. W pewnym momencie, nie wiem jak długo siedziałem otoczony świecami, coś poczułem. Niczym delikatny chłodny powiew w moje ciało wlała się siła. Nie wiem co to było lecz poczułem się wtedy jak sam Bóg w trakcie dzieła stworzenia. Czułem jakbym jednym dotykiem mógł tworzyć galaktyki, niszczyć narody, rzucić sobie cały świat do stóp. Uczucie trwało zaledwie ułamek sekundy, lecz było tak potężne że zapragnąłem więcej. O wiele więcej.
Kiedy wybudziłem się z transu, ze świec pozostały jedynie małe kałuże roztopione wosku, przez zasłony zaś, wkradały się pierwsze promienie słońca. Od razu wziąłem się do drugiej książki, ''Pseudomonarchii''. Inkantacja była prawdziwa, działała i przyniosła skutek więc stwierdziłem że przywołanie demona też może się udać. A powinienem rzucić to wszystko w diabli, spalić książki i zająć się nauką. Ehh... Następnej nocy znów rozpaliłem świece. Celem mojej inkantacji było przyzwanie Asmodaya, czasem zwanego też Asmodeuszem. Naucza on nauk o ruchu, niewidzialności, dostarcza kosztowności i uczy sztuki uwodzenia. Z myśla o tym co mnie czeka wszedłem do okręgu ze świec który dodatkowo otoczyłem kręgiem z soli, który podobno miał pomóc w odesłaniu ducha. Rozpocząłem medytacje. Świece paliły się, ja medytowałem lecz nic się nie działo aż nagle... Poczułem gorący oddech na ramieniu. Całe ciało przepełniło mi uczucie przerażającego zimna które wręcz ścinało krew w żyłach. Serce zaczęło tłuc w piersi, jakby chciało wyrwać się na wolność. Usłyszałem głos. Zachrypnięty, jakby zwielokrotniony głos w mojej głowie który brzmiał jakby naraz w agonii wrzeszczało co najmniej dwadzieścia osób. Zapytał czego potrzebuje. Bałem się odpowiedzieć, nawet nie byłem w stanie drgnąć lub otworzyć oczu a co dopiero wypowiedzieć słowa. Pomyślałem więc o niewidzialności której Asmoday miał nauczać. I wtedy wszystko ucichło. Gorący oddech zamienił się w uczucie ciepła które biło od świecy, uczucie zimna spowodowało uchylone okno, zaś głos w głowie prawdopodobnie mi się uroił. Myślałem wtedy że po prostu przysnąłem ze zmęczenia. Zgasiłem świece, położyłem się do łóżka i zasnąłem w ciągu kilku sekund. Rano, obudzony przez budzik telefonu, zszedłem do kuchni na śniadanie. Moi rodzice z ośmioletnim bratem już jedli. Powiedziałem ''dzień dobry'' i usiadłem przy stole. Kiedy odsuwałem krzesło, rodzice zamilkli i spojrzeli się na mnie bardzo zdziwionymi spojrzeniami. Nie wiedziałem o co im chodzi więc zacząłem nakładać sobie płatków śniadaniowych. I wtedy to się zaczęło. Matka odskoczyła od stołu jak poparzona, chwytając w ramiona mojego brata który zaczął rozpaczliwie krzyczeć ''duchy!'' . Ojciec pobladł i zamarł w bezruchu. Co oni wyprawiają? - pomyślałem. Wstałem od stołu i wybiegłem na zewnątrz domu. Za płotem dostrzegłem sąsiada. Podszedłem na odległość wyciągnięcia ręki i przywitałem się. Nawet na mnie nie spojrzał. Wtedy z domu wybiegł mój ojciec, podbiegł do sąsiada i zaczął opowiadać jak przed kilkoma chwilami w kuchni naszego domu coś niewidzialnego odsunęło krzesło od stołu i zaczęło poruszać przedmiotami. Zrozumiałem co się dzieje. Przyzwanie Asmodeusza zakończyło się sukcesem. Byłem niewidzialny. Moi rodzice, bliscy, przyjaciele i cała reszta ludzi zapomniała o mnie. Nikt mnie nie widział, nikt nie czuł mojego dotyku. To wszystko zaczęło się tyle czasu temu...
Już nie mieszkam z rodzicami. Całymi dniami i nocami bawię się z ludzmi. Przesuwam przedmioty za ich plecami by ich wystraszyć, straszę zwierzęta które w jakiś sposób mogą mnie wyczuć a czasami po prostu stoję za ludzmi którzy do pózna siedzą przed komputerem i czytają moją historię. Tak jak teraz. Nie obracaj się. I tak mnie nie dostrzeżesz.
(PS: Podoba mi się Twoja koszulka )

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz